Sudecka księga pielgrzymia (16/1)

Karol

Cz. 1 – Wyprawa w Góry Olbrzymie

Tam, gdzie się potok wpośród lasów pieni,
A wzdęte wichrem o brzeg biją fale,
W dębów stuletnich rozłożystej cieni,
Śpiewak znużony spoczywa na skale.

Na łąki bujne i skaliste góry,
Kiedy spokojnie błędnym rzuca okiem,
Myśl swą unosząc ponad ciemne chmury,
Poi swe serce natury widokiem.

Myśl, porzucając ziemi nikłe cienia,
W duszy swej słodkich gubi się marzeniach,
Łączy z przyszłością przeszłości wspomnienia.
Śpiewa szczęście w słodkich lutni pieniach.

Śpiewa, a z każdym lutni uderzeniem
Tony ku niebu z ziemi się unoszą.
Raz płyną z słodkim miłości westchnieniem.
To znowu łzy czyste struny lekko roszą.

(Śpiewak)

Autor powyższego wiersza – Karol Bołoz Antoniewicz urodził się 6 listopada roku 1807 we Lwowie, w zamożnej szlacheckiej rodzinie ormiańskiej. Jego ojcem był Józef, znany adwokat, doktor praw, który jednak z powodów zdrowotnych w roku 1818 musiał zakończyć praktykę. Gdy Karol miał 15 lat, w marcu roku 1823 ojciec zmarł. Rok później 1824 – młody Karol poszedł na studia prawnicze na Uniwersytecie Lwowskim. Interesował się także literaturą i muzyką a obok języka polskiego i łaciny nabył znajomość języków niemieckiego, angielskiego, włoskiego i francuskiego. Po ukończeniu studiów w roku 1827 Karol wyjechał do Wiednia a potem odbył podróż do Siedmiogrodu i na Multany czyli teren dzisiejszej Rumunii. Jej plonem stał się szereg romantycznych utworów poetyckich pisanych po polsku i niemiecku. Po wybuchu powstania listopadowego w roku 1830 Karol zgłosił się jako ochotnik i brał udział w walkach jego oddział dowodzony przez gen. Józefa Dwernickiego został zmuszony pod koniec kwietnia roku 1831 przez Rosjan do przekroczenia granicy austriackiej. Karol udał się wówczas do rodzinnego majątku w Skwarzawie, choć bojąc się represji jakiś czas przebywał w Wiedniu i Wenecji. Gdy wrócił do Galicji zakochał się w swojej kuzynce Zofii i po uzyskaniu dyspensy w roku 1833 zawarł z nią związek małżeński. Młodzi osiedli w rodzinnej Skwarzawie, urodziła im się piątka dzieci.

Na wiosnę 1837 Karol Antoniewicz odwiedził Śląsk i  Wrocław, skąd dla dodatku dla „Gazety Lwowskiej” – „Rozmaitości” relacjonował wystawę sztuk pięknych. Wyruszył także w Góry Olbrzymie czyli Sudety. Jego Wspomnienia z wędrówki przez Góry Olbrzymie „Rozmaitości” publikowały w siedmiu odcinkach – od stycznia do sierpnia 1838 roku. Pierwszą poświęcił Adrszpaskiemu Skalnemu Miastu, nawiązując do wcześniejszych znamienitych podróżnych, takich jak Fryderyk II czy późniejszy prezydent USA – John Quincy Adams. Jednak opisał i własne wrażenia:

Wspaniałe lasy jodłowe ocieniały po obu stronach drogę, która się ponad brzegiem strumyka, jakby wąż wykręcała. (…) W milczeniu jechaliśmy ta czarującą okolicą, gdy niespodzianie na skręcie drogi ujrzeliśmy olbrzymie skały Adersbachskie, jako rozciągłe miasto na pięknej płaszczyźnie rozłożone (…) Ciemne ulic różnostronnie przerzynają to miasto zaczarowane; nie oko poety, ale oko zwyczajnego dostrzegacza rozezna wyraźnie odznaczone place, posągi, słupy, sklepienia, błędniki, wieże, łuki, mosty, kościoły, zamki tej stolicy Ruebezala, pana gór olbrzymich (…) Idąc dalej zachwycające zjawisko przyrody nas zatrzymało (…) Jest to skała, głową cukru nazwana, ośmnaście sążni wysoka, u dołu półtora a u góry pięć sążni w przecięciu mająca, jakby zakamieniały promień wody, wytryska z małego jeziorka, którego ciemną powierzchnię wodne rośliny pokrywają (…) Małe drzwiczki drewniane zamykają wchód do miasta zaczarowanego. Jest to wchód dla karłów w miasto olbrzymów (…) Obok olbrzymiego grzyb sterczał ząb Ruebezala, który sobie wybił o wieżę kościoła świętej Elżbiety, w oddaleniu widzialnego. Przez wielki rynek, popod most diabelski weszliśmy na długą ulicę. Św. Jan w puszczy – misterne dzieło największego mistrza natury, zadziwia i zachwyca wszystkich znawców sztuki (…) U kresu naszej wędrówki najwspanialszy zachwycił nas widok. W ciemnej grocie, do której promień słoneczny jakby otwartą tylko wkradał się kopułą, wodospad po tysiącznych łamiący się kamieniach z hukiem i grzmotem pienił się u stóp naszych. Pyłek kropli, jakby rozpryśnięte gwiazdeczki brylantowe całą grotę wypełniał.”

W Adrszpachu

Przez granicę austriacko-pruską i Kamienną Górę Antoniewicz, który wcześniej gościł w łaźniach jesenickich („przyjacielskim, tak gościnnym Freiwaldzie”), udał się do Vorstenburga czyli Książa. „Wieczór był cichy tylko srebrne brzmienie dzwonów pobliskich kościołów poruszało powietrze; gdzieniegdzie wieśniak wracający do chaty, klęcząc przed kamiennym krzyżem lub obrazem Bogarodzicy, na konarze starego drzewa przybitym, stłumionym głosem Ave Maria odmawiał. Wjechaliśmy w gęstwinę lasu (…) lecz wkrótce ujrzeliśmy szczyty zamku rycerskiego Vorstenburg, na wysokiej skale, groźno spoglądającego w dolinę (…) Wspaniały ten zamek pośrodku przepysznych zakładów, do których założenia natura i sztuka równie się wysiliły. W oddaleniu pasmo Gór Olbrzymich, między nimi Śnieżna Kopa, jako obelisk natury się wznosząca (…) Romantyczne miejsca przechadzkowe, tworząc zachwycające partie, ciągną się wzdłuż czystego, krętego potoku, w głębokim rozłęgu, ściśniętym dwoma murami dzikich, różnokształtnych, drzewami po części obrośniętych skał. Wysepka, do której eleganckim przybić można bacikiem, pośród małego jeziorka, w którego czystych falach drżą szczyty zamku rycerskiego, piękne i liczne mostki, brzeg z brzegiem, skałę ze skałą łączące, pawilony, dziwaczne przejścia przez skał wyłomy; potok raz dziko o skały z hukiem się łamiący, to znów, jakby wąż, srebrną fal połyskujący łuską, pomiędzy kwiaty się kręcący; grób olbrzyma (przeszedłszy tak zwaną cieśninę Gibraltaru), zadziwiający olbrzymią wielkością i oryginalnością skał; pustelnia romantycznie w drzewach ukryta, świątynia Karoliny i siedzenie myśliwego. Dwa zamki: teraźniejszość i przeszłość, dumnie na siebie spoglądając, tak rozmaicie rozdzielone, w jedną harmonijną całość spływają. Lecz najciekawszą część tych zakładów stanowi ta, w której zamek stary pośrodku starych jodeł i twardych skał dumnie się wznosi. (…) Czarujący widok zachwycił nas z galerii zamku nowego. W dół patrząc dolina, którąśmy przebiegli, na drugiej stronie wału stary zamek, dokoła porozrzucane piękne domki. W cieniu Gór Olbrzymich, między którymi Śnieżna Kopa, Góra Cukrowa [Klin], Bociania [Stożek Wlk.] i inne szczególnym kształtem odznaczały się, miasta Wrocław, Świdnica, Reichenau [Bogaczowice], Lignica, kąpiele w Salzbrun [Szczawnie], Altwasser [Stary Zdrój] i wiele innych miast, miasteczek i wsi, najpiękniejsze tworzyło panorama. Zamek bogaty w piękne marmury, płaskorzeźby, mieści znaczną galerię obrazów i księgozbiór z 40.000 tomów.” Z Książa Antoniewicz pojechał do pobliskiego Szczawna-Zdroju.

W Starym Książu

W trzecim odcinku swojej relacji Antoniewicz opisał zamek biskupi Jański Wierch w Jaworniku oraz uzdrowisko lądeckie:

Trzysta schodów prowadzi do zamku, letniej siedziby biskupa wrocławskiego. Zwiedziliśmy, pomimo brzydkiego czasu, ten gmach wspaniały, w pięknym bardzo stylu, przez biskupa Turzo w r. 1505 zbudowany i wspaniały ogród (…) Za Krautenwald [Travna], piękną górską wioską, gdzieśmy komorę przejechali, wznosi się smutna żadnym drzewem nie przystrojona, ze skał bazaltowych napiętrzona, do znacznej wysokości pnąca się góra, z której szczytu zachwycającego użyliśmy widoku. U stóp tej prostopadłej góry leży miasteczko Landek, z kąpielami tegoż samego nazwiska, długą topolową złączone ulicą. (…) Woń kwiatów, w klombach jakby w bukietach, po trawniku rozrzuconych i harmonijne dźwięki muzyki, zmieszane z wesołymi głosami i śmiechem przechadzających się , napełniały powietrze, zdrój życie dający wił się miłośnie pomiędzy nas (…) W pięknym bardzo stylu są łazienki z roku 1735, gdzie do wspólnej kąpieli na 60 osób urządzonej, światło kopułą spadające fantastycznie oświeca kąpiących dla tych, którzy się im z galerii  przypatrują.”

Dom zdrojowy Wojciech

Z Lądka podróżnik udał się na zamek w Kunzendorfie czyli Trzebieszowicach: „wschodzące słońce przebijało się przez szczeliny starego zamku Karpenstein, gdyśmy Landek opuścili. Droga ciągnęła się brzegiem rzeki Biela, pomiędzy porządne wioski, żyzne pola i cieniste gaiki (…) Z rosą poranną dźwięki świergotliwych skowronków, jakby błogosławieństwo boskie, spływały na pracowitych robotników w tym wielkim ogrodzie natury. Śpiew skowronka w porannej godzinie ma nieodgadniony wdzięk dla duszy. Podczas gdy wszystkie głosy żyjących istot, jakby w ofierze do Stwórcy się wznoszą jego tylko śpiew, drżący pomiędzy niebem a ziemią, niebu i ziemi głosi miłość i wielkość Boga (…) i nie w twardych skałach, ale w sercach ludzkich echa wdzięczności obudza (…) Wkrótce ujrzeliśmy piękny zamek kunzendorfski należący do hrabiego Furstenberga (…) Promień słońca, wkradłszy się wąskimi oknami i pozłacając białe mury kościoła, błogosławił w odblasku dwoje dzieci ze złożonymi rączkami, w ubogiej ale chędogiej odzieży, u stóp ołtarza klęczących i stłumionym głosem, łzami i łkaniem przerywanym, modlitwę poranną pobożnie odmawiających. ‘Któż są te dzieci? – zapytałem staruszka  – jakaż łez ich przyczyna?’ ‘Biedne sieroty – rzekł z bolesnym uśmiechem – są to dzieci mojej siostry, która przed kilkoma dniami ciężką w dolinie łez pielgrzymkę zakończyła. Tam za kościołem, pod tą rozłożystą lipą, jest jej grób. Sieroty wziąłem do siebie, aby ich smutek ziemski zmienić w tęsknotę niebieską’ (…)

Ogród [zamkowy] we wspaniałym założony stylu z dwóch składa się części rzeką Bielą przedzielonych: z ogrodu kwiatowego, sławnego ze zbioru róż i kamelii, i parku angielskiego. Przed zamkiem na prześlicznym trawniku rozłożysty buk z czarnym liściem pięknością i wielkością zadziwia.” Z Trzebieszowic nasz wędrowiec dotarł do sąsiedniego Ullersdorfu czyli dzisiejszych Ołdrzychowic i posiadłości Magnisów, gdzie jego uwagę zwróciła ogrodowa świątynia stylizowana na grecką.

Dolina Białej Lądeckiej między Radochowem a Trzebieszowicami

Potem przez Kłodzko Karol Antoniewicz skierował się do Dusznik-Zdroju. Podróż przez ziemię kłodzką silne na nim wywarł wrażenie:

Ze wszystkich stron przecudny otaczał nas krajowid. Góry, nic jak tylko góry! Niejednemu ciągły widok gór jednostajnym a opisanie ich nudnym wydawać się może. Lecz kto w pośrodku nich się rodził i wychował, kto tych niemych świadków najszczęśliwszych lat życia pokochał, kto wewnętrzne życie tych przedpotopnych olbrzymów zgłębić usiłował a przed ich wielkością ugiął kolana, i ducha upokorzył w uczuciu miłości i wdzięczności ku Temu, który je na twardych granitowych poosadzał podstawach, temu widok ich obojętnym być nie może. (…) Kto na gór szczycie spoczywając, obraz stworzenia w całej piękności i doskonałości jednym rzutem oka potrafił schwycić i pojąć, z tego serca mimowolnie, jakby łza dziękczynna, modlitwa się wysączy a tą modlitwą myśl rozjaśniona wzbije się pomiędzy gwiazd wijące się roje, aby wraz z nimi wielkość Stwórcy wyświecała. Gdy serce za stratą drogich istot lub ułudzeń, smutek przyciśnie, wtenczas wonne gór powietrze uśpi człowieka jako przeczucie przyszłości, łzy w kroplach rosy wzniosą się do Stwórcy a anioł pocieszyciel wstrząśnie starymi olbrzymami, których listki śpiewem nadziei zadzwonią (…)

Jadąc dalej zachwycił nas widok zamku w najdokładniejszym stylu gotyckim zbudowanego (…) Reinerz [Duszniki] leży u stóp prostopadłej góry: jest to jedno z najdawniejszych miast, o których kronika glacka wspomina (…) Wyszedłszy z miasta, udaliśmy się do kaplicy świętej Trójcy. Po 139 schodach stanęliśmy na pięknym, jodłami uwieńczonym pagórku. W drzwiach kapliczki, jakby dwa posągi alegoryczne, stli nieruchomi: lokaj w sutej bogato galonowanej liberii z jednej, a z drugiej strony żebrak wsparty na kuli z posiwiałą głową, pacierze różańca przez wycieńczałe przesuwając palce. Przed ołtarzem Boga Rodzicy, której czoło promień zachodzącego oświecał słońca, klęczała kobieta w żałobie z przejrzystą zasłona na bladej pięknej twarzy, na której smutek się malował (…) ‘Któż jest ta pani?’ – zapytałem kalekę, którą ciepłą jeszcze łzę z ócz ocierał. ‘Jest to mój anioł dobroczynny’ – odrzekł (…) ‘Lecz któż ona jest?’ ‘Jest to Polka z Poznańskiego, więcej nie wiem (…) lecz to wiem dobrze, że po skończonych kąpielach, które niewiele ulgi jej przynoszą, co łatwo poznaję po co dzień bardziej chwiejącym się jej chodzie i ostrym kaszlu który bolesne echo w sercu mym obudza, do domu powróci. Słońce już było zaszło, gdyśmy się do kąpieli udali, które od r. 164 pod nazwą Kąpieli Pottendorfskich znane, dopiero 1803 wsławiać się poczęły. (…) Wszystkie budynki drzewami i kwiatami obsłonione a rzeka Weistrie [Bystrzyca] w ośmiu stopniowych wodospadach tworzy kryształową zasłonę barwnym kwiatom, po których spływa (…) ‘Państwo Polacy jesteście’ – rzekł gospodarz, witając nas u bramy oberży – ‘muszę im coś ciekawego pokazać!’  To rzekłszy wprowadził nas do małej izdebki, gdzieśmy następujący wyczytali napis: ‘Anno 1669 den 17. Augusti ist Johanes Casimirus gewesner Koenig von Pohlen bey mir uber Nacht gelegen’. Zamówiwszy przewodnika na rano do zwiedzenia gór tak zwanych Heucheuer (sterta siana) udaliśmy się do spoczynku.”

W dusznickim parku

„Jakże szlachetniejszy i wznioślejszy świat temu się wydaje, który okiem wiary na niego spogląda, niżeli temu, który tylko w ciekawości i próżności jego budowę zgłębia (…) Długo przypatrywaliśmy się z podziwieniem, dojeżdżając już do Karlsberg, tym w dziwaczne kształty tak groźnie napiętrzonym skałom, które, jakby chmury wiatrem pędzone, przy różnych wykrętach drogi odmienną zdawały się przybierać postać lecz dopiero wysiadłszy przed pomieszkaniem wójta Karlsbergu [Franciszka Pabla] i nadzorcy porobionych w tych skałach zakładów, ten olbrzymi skał obraz rozwinął się nam w całej swej okazałości a różnokształtne tych skał wierzchołki zdawały się niby to wzburzone, zakamieniałe fale morskie, po których czarna chmura, ta nawa powietrzna, się przesuwała. (…) Wkrótce i wójt nadszedł a zapłaciwszy należność szliśmy za naszym przewodnikiem. Po pięciuset schodach, po części kamiennych, stanęliśmy przed bramą, wchód do wnętrza skał zamykającą (…) I tu, równie jak w Elderbachu skały nazwę kształtu im właściwego przybierają. I tak głowa murzyna szyderczo uśmiecha się, patrząc na spokojnie leżące dziecię. Lew z niedźwiedziem krwawą chcą rozpocząć walkę. Postać wielbłąda, tego wspaniałego puszczy piaskowej mieszkańca, stoi zakamieniała pośród bałwanów piasku w twarde głazy stężałego (…) Najbardziej zachwycającą partię tych gór stanowi kamień taflowy (Tafelstein). Jest to płyta kamienna, obszerna, stanowiąca wierzchołek okiem niezmierzonej, prostopadłej, z trzech stron wolnostojącej skały, poręczem grubem dookoła obwiedzionej, z której ciężko bez zawrotu głowy w przepaść spoglądnąć bezdenną. (…) Niedaleko, na wyskoku skały, altana drewniana dla odpoczynku podróżnych (…) Najwyższy punkt tych skał stanowi skała, której wierzchołek nadał jej nazwę krzesła dziadunia, na którym u kresu wędrówki znużony podróżny usiadłszy, najpiękniejszego może użyć widoku! Za przyjściem do wsi, zastaliśmy liczne towarzystwo kąpiących się w Nachod i Kudowie gości, dla zwiedzenia tych skał przybyłych. Wróciwszy do Reinerz, po obiedzie w dalszą do Albendorf [Wambierzyce] puściliśmy się drogę.”

Na tym kończy się relacja Karola Antoniewicza z peregrynacji po Sudetach.

Głowa Murzyna na krawędzi Szczelińca

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *